Za każdym razem, kiedy opuszczam swoją strefę komfortu i wyjeżdżam z kraju przygotowuję się mentalnie na przygodę życia i zupełne zanurzenie się w obcej kulturze. Zawsze staram się wykorzystać każdą minutę wyjazdu na poznanie życia, które przez te kilka dni przyjdzie mi prowadzić. Ten wyjazd do Irlandii nie różnił się w tym sensie niczym od pozostałych. Pojechałem do Irlandii z zamiarem poznania ciekawych ludzi, zgłębienia wiedzy o kulturze, która, przez wzgląd na bycie anglistą, nie może być mi obca, wyłapania ciekawostek, różnic i podobieństw językowych, ale co najważniejsze przeżycia 10ciu dni jak prawdziwy Irlandczyk z krwi i kości, z kuflem Guinnessa co wieczór. Wszystkie pozycje na liście zostały odhaczone.

Co więcej, po przyjeździe do domu uświadomiłem sobie, ilu wartościowych ludzi otacza mnie na co dzień. Jednak wyjazdy poszerzają perspektywę, ludzie nie kłamią. Jak udało mi się dokonać tylu rzeczy w ciągu zaledwie 10ciu dni? Otóż, były to intensywne dni spędzone na odkrywaniu pięknych zakątków Irlandii, zachwycania się urokami natury, której w kraju wiecznej zieleni nie brakuje, odwiedzaniu historycznie ważnych miejsc, delektowaniu się lokalnym jedzeniem, a to wszystko w towarzystwie najlepszych ludzi, z którymi można sobie taką podróż wymarzyć.

Pierwszy weekend zaskoczył nas pełnią wrażeń dostarczanych przez wycieczki objazdowe, a tydzień obfitował w naukę tolerancji i zgłębianie tajników metodyki pracy w międzynarodowym środowisku, zarówno jako nauczyciel języka obcego, a także jako człowiek, po prostu. Otoczony przez grono doświadczonych lingwistów i nauczycieli byłem spokojny o jakość szkolenia i poziom dyskusji. Z wyjazdu wyniosłem więcej wskazówek do doskonalenia własnego warsztatu językowca/nauczyciela, niż przypuszczałem.

Zwieńczeniem wyjazdu był dzień spędzony w stolicy Irlandii, Dublinie, gdzie dotknęliśmy historii, podziwialiśmy sztukę i architekturę, a co najważniejsze w świetnym towarzystwie chłonęliśmy atmosferę kraju trzylistnej koniczyny. Po kolacji pożegnalnej, podczas której dziwnie brzmiące dania nie były nam już obce, irlandzkie tańce w położonym piętro niżej, zatłoczonym pubie nie były już tak skomplikowane, a odśpiewana przez nas „Molly Mallone” była trudna do odróżnienia od oryginału, uświadomiłem sobie, że te 10 dni spędziliśmy zupełnie po irlandzku. Cieszę się, że mogłem spędzić te 10 dni, wśród których, o ironio, wypadł Blue Monday, z uśmiechem przyklejonym do twarzy.

Irlandio, kiedyś do ciebie wrócę!

Autor: Dominik Górka/blog.cjo.pl